Najwyższy szczyt Ameryki Południowej, wznoszący się na wysokość 6961 metrów n.p.m. zdobyty przez kardiochirurg Mirosławę Dudyńską z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie. Wcześniej, ekipa – z którą wspinała się specjalistka – dotarła na Denali, najwyższy szczyt Ameryki Północnej. Obie wyprawy były bardzo wymagające. Czy łatwo było przygotować się do nich osobie, która na co dzień ratuje ludzkie zdrowie i życie?

Trasa wymagała przygotowania kondycyjnego i odporności na: trudne warunki pogodowe, zmęczenie i głód. Jak być w takiej formie, gdy wykonuje się niezwykle absorbującą pracę?

Z jednej strony - co zawsze podkreślam - na Kardiochirurgii pracujemy również fizycznie, więc nasza praca cały czas opiera się w jakimś stopniu o wysiłek fizyczny organizmu. Choć może trudno sobie to wyobrazić, kiedy patrzy się na kogoś - kto właściwie stoi w jednym miejscu, wykonując zabieg. Natomiast były oczywiście też: wyjścia na inne góry, wędrówki, rower, przez wiele lat trenowałam karate - co było dla mnie dobrym przygotowaniem kondycyjnym - wyjaśnia w rozmowie z portalem Twoje Zdrowie RMF 24 lek. med. Mirosława Dudyńska, kardiochirurg z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie.

W Klinice Kardiochirurgii stres to codzienność - ale też przyzwyczajenie do podejmowania wyzwań. To łączy wyprawę wysokogórską z pracą przy stole operacyjnym.

To generuje takie podejście myślę, że bardzo ważne zarówno w naszej pracy jak i w górach... że nie rozkładamy rąk i nie poddajemy się. Wtedy, kiedy są wyzwania i jest trudno, to po prostu zastanawiamy się jak z tej trudności wyjść. Jak z przez to przebrnąć z dobrym efektem końcowym - mówi specjalistka.

W Klinice Kardiochirurgii Dziecięcej w Krakowie leczeni są mali pacjenci w najtrudniejszych stanach zdrowia, z najbardziej skomplikowanymi wadami serca.

Kiedy stoimy w tych trudnych sytuacjach - nie możemy powiedzieć, że się czegoś nie da, rozłożyć rąk i płakać. Trzeba sobie poradzić i wyprowadzić pacjenta z trudnego stanu. Tak samo w górach. Zanim zostałam kardiochirurgiem, jak wędrowałam na przykład po Tatrach... czasami zmęczona, czasami w złej pogodzie - to też miałam jakieś takie wewnętrzne przekonanie, że nie wiem jak wejdę, nie wiem jak przejdę, nie wiem jaką metodą... ale wiem, że jakoś to zrobię - wyznaje Mirosława Dudyńska.

To pokazuje, że jest wiele podobnych: odczuć, emocji i refleksji - w sytuacji, gdy pani Mirosława staje przed górą jako uczestniczka wyprawy i przed stołem operacyjnym, jako kardiochirurg. Z drugiej strony - pasja daje szansę na wewnętrzną równowagę w sytuacji, gdy codziennie trzeba walczyć o zdrowie i życie dzieci, mierzyć się z ich chorobą i ze strachem rodziców.

Uważam, że żeby móc pracować przez długi czas wśród takich wysokich wyzwań zawodowych, to też trzeba szukać jakichś momentów w swoim życiu, jakichś miejsc, jakichś okoliczności, które dają pewien rodzaj odskoczni. Coś co pozwala na chwilę uwolnić głowę na przykład od obaw o pacjenta. - podkreśla lekarka.

Góry od zawsze w sercu

Dziadek Mirosławy Dudyńskiej był przewodnikiem górskim, prowadził obozy wędrowne - szczególnie po Bieszczadach i Beskidach. 

W związku z tym, w zasadzie od małego ja i mój brat często znajdowaliśmy się w górach. To oczywiście nie były wtedy jakoś bardzo trudne wyprawy, ale w zasadzie pojawiły się od małego. Później takim skokiem moich zainteresowań, to był okres studiów, kiedy razem z przyjaciółmi wędrowaliśmy szczególnie po Tatrach, ale też Alpach - wspomina specjalistka.

W górach splatają się: kruchość i siła - to pozwala przewartościować sobie różne sprawy.

Ja potrzebowałam czasami zmęczyć się bardzo mocno fizycznie i to były albo treningi karate - na których ćwiczyło się dosłownie do utraty tchu, albo wyprawy w górach - podejmowałam bardzo wyczerpujące, wielokilometrowe trasy. Takie  momenty w górach, kiedy jest zimno, daleko do domu, kiedy nie zawsze jest picie i jedzenie pod ręką, nie zawsze jest druga osoba blisko i czasami człowiek nie wie ile będzie musiał i wędrować... To uczy doceniania tych drobnych rzeczy, tego że można w domu wejść do kuchni i zrobić sobie herbatę, a nie trzeba najpierw topić śniegu - opowiada pani Mirosława.

Pani doktor jest też mamą, dlatego na co dzień przeżywa bardzo także stres i cierpienie rodziców - których ciężko chore dzieci przebywają na Oddziale Kardiochirurgicznym. Te obrazy także pojawiają się w trakcie wspinaczek.

Aconcagua jest też nazywana "górą śmierci". O tym jak jest niebezpieczna, uczestnicy wyprawy przekonali się - gdy oderwał się głaz, który rozbił się na mniejsze elementy i uderzył w duńską grupę. Jeden ze wspinaczy był nieprzytomny, miał połamane żebra i uraz głowy z dużym krwawieniem. Obecność medyka, chirurga przydała się bardzo i dzięki udzielonej pomocy - wszyscy bezpiecznie zostali przetransportowani do szpitala i przeżyli.

Jakie są następne plany? Na razie Mirosława Dudyńska zakłada krótsze wyprawy, ale myśl o kolejnej, wysokogórskiej - wciąż jest na horyzoncie.