"Bardzo często zgłaszają się do nas partnerki chorujących mężczyzn. One nawet nie przyznają się, że są partnerkami, mówią, że są siostrami, ciotkami chorych. Pytają o seks, padają pytania typu "Co będzie z seksem u niego? Muszę zadbać o niego, żeby dziewczyny miały z niego pociechę"? Próbujemy ukierunkować partnerkę. Sztuka polega na tym, że trzeba pójść do lekarza, żeby dowiedzieć się, jakie zabiegi, nie tylko te radykalne, można wykonać w przypadku zaawansowania choroby" - przyznaje w rozmowie z RMF FM Tadeusz Włodarczyk, od 20 lat zmagający się z przerostem prostaty, prezes Stowarzyszenia Mężczyzn z Chorobami Prostaty "Gladiator". "Wstyd to największy problem naszych pacjentów" - dodaje.

Zdjęcie ilustracyjne /pixabay.com /Internet

Michał Dobrołowicz, RMF FM: Kiedy zachorował pan na łagodny przerost prostaty?

Tadeusz Włodarczyk, prezes Stowarzyszenia Mężczyzn z Chorobami Prostaty "Gladiator": O swojej chorobie dowiedziałem się 20 lat temu. Pierwszym objawem był częstomocz. Musiałem w nocy często wstawać i oddawać mocz. Urolog powiedział mi, że mam powiększoną prostatę. To zaciskało cewkę moczową, żeby wytworzyło się większe ciśnienie niezbędne do wypchnięcia zalegającego tam moczu. Od razu dostałem odpowiedni lek powstrzymujący powiększanie się prostaty. 

Co ta choroba oznacza w codziennym życiu?

Powiększenie prostaty w zaawansowanym wieku. Gruczoł krokowy jest coraz większy, zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz. 

Jak często musi pan oddawać mocz, na przykład w nocy?

Nawet trzy, cztery razy. Zawsze tłumaczę sobie, że mogłoby być gorzej, częściej. 

Co było sygnałem, który zachęcił pana do pójścia do urologa?

Częste oddawanie moczu. 

Na czym polega leczenie?

Bierze się tabletkę, która powoduje, że mięśnie gruczołu krokowego są rozluźniane.

Co pana choroba najbardziej utrudnia w codziennym życiu?

Najtrudniejsze jest częste wstawanie w nocy. Zawsze powtarzam sobie, że dużo trudniejsze i groźniejsze byłoby zmaganie się z nowotworem.

Czy pójście do lekarza-urologa stanowiło dla pana problem?

Na szczęście nie. Psychologicznie przyjąłem to jako normalną rzecz. Zachorowałem w wieku 63 lat, trzeba zgłaszać się do urologa. 

Do prowadzonego przez pana stowarzyszenia zgłaszają się najczęściej osoby, z jakimi chorobami?

Z rakiem prostaty, nerek, pęcherza moczowego i jądra. Bardzo dużo młodych mężczyzn choruje teraz na raka jądra. Spotykam się nawet z 18-latkami, mężczyznami przed maturą, którzy zmagają się z tym problemem.

Co jest największym problemem dla tych pacjentów?

Wstyd. Żaden z nich nie przyznaje się, że coś na jądrze buduje się, oni często nie kontrolują tego, a można to zdiagnozować przez dotyk. Warto sprawdzać, czy nie ma tam guzków. To jest nowotwór całkowicie do wyleczenia, tylko trzeba zgłosić się do lekarza. Młodzi mężczyźni boją się, że dziewczyny dowiedzą się.

Jaką podpowiedź dostają od państwa?

Żeby jak najszybciej poszli do lekarza. 

Jaki komunikat najczęściej kieruje pan do mężczyzn?

Jeśli chodzi o raka prostaty, to każdy mężczyzna, który skończył 40 lat powinien pójść do urologa i wykonać badanie. To jest podstawa. Żadnego z nas nie ominie problem z prostatą: czy to będzie łagodny kłopot, czy groźny, taki przyszedł czas. Jeśli chodzi o raka nerki, jest on wykrywany przeważnie przypadkowo, przy okazji wykonywanego z innego powodu USG jamy brzusznej. Wtedy lekarze zauważają guzki. Podkreślamy też, że rak pęcherza moczowego jest bardzo groźny, wiąże się z nim często krwiomocz. 

Jak przełamać strach przed wizytą u urologa? Co pan radzi pacjentom?

Każdy z mężczyzn ma inne podejście. Wiele osób boi się, wielu mężczyzn nie chce iść do urologa ze strachu. Przychodzą do nas potem po 5 latach i okazuje się czasami, że choroba jest zaawansowana.

Jak pan traktuje swoją chorobę?

Staram się traktować siebie jak osobę zdrową, mam dużo obowiązków. Próbuję nie myśleć o chorobie. Zrobiłem ostatnio tomografie komputerową, na szczęście nie było nic groźnego poza drobnymi torbielami, które zostały wykryte. Lekarz uspokoił mnie jednak, że w moim wieku takie rzeczy muszą się pojawiać.

Jak często do państwa zgłaszają się partnerki swoich chorych mężów, chłopaków, narzeczonych?

Przynajmniej dwie, trzy w miesiącu. Bardzo często one nie przyznają się, że są partnerkami, mówią, że są siostrami, ciotkami chorych mężczyzn. Pytają o seks, padają pytania typu "Co będzie z seksem u niego? Muszę zadbać o niego, żeby dziewczyny miały z niego pociechę"? Próbujemy ukierunkować partnerkę. Sztuka polega na tym, że trzeba pójść do lekarza, żeby dowiedzieć się, jakie zabiegi, nie tylko te radykalne, można wykonać w przypadku zaawansowania choroby. 

Czy często partnerka wysyła do lekarza swojego partnerka?

Bardzo często. Często zdarza się, że tylko partnerka kontaktuje się z nami. Widzimy, że potrzeba dużo wiedzy. 

Czy może pan przytoczyć historie pacjentów, które najmocniej pan zapamiętał?

To historia mojego sąsiada. Spotykałem się z nim prawie codziennie, zapraszałem go na spotkanie, które organizowałem. "Mnie to nie dotyczy" - mówił zawsze. Niedawno zadzwonił do moich drzwi. Przeprosił mnie, przyznał, że nie korzystał z zaproszeń, a właśnie wrócił od urologa i ma zdiagnozowanego złośliwego raka prostaty. Wtedy mamy kontakty z profesorami, urologami i innymi specjalistami. Szczęśliwie ten mężczyzna wciąż żyje. Gdyby jednak zgłosił się wcześniej, nie doszłoby do takich problemów, może obyłoby się bez chemioterapii.

Jak pacjenci przyjmują taką diagnozę?

To jest szok. Zawsze proponuję, żeby zabrać ze sobą bliską osobę, bo pacjenci, którzy dowiadują się o nowotworze, często nie zapamiętują tego, co mówi lekarz. Powód to szok. Zaskoczenie. Niemal wszyscy po diagnozie czują się jakby byli na tamtym świecie. A tak być nie musi. Brakuje jednak wiedzy na ten temat. Nowotwór nie jest wyrokiem. Mamy przykłady i dowody, znamy pacjentów, którzy są wyleczeni. 

(ag)