W wielu regionach Polski zimowe wakacje dobiegają końca. Powracamy do codziennych obowiązków. Zimowy krajobraz w mieście, w przeciwieństwie do górskich stoków, raczej nie wprawia nas w dobry nastrój. Bywa, że nic nam się nie chce. W takiej sytuacji psychologowie radzą – grunt to pozytywne nastawienie.

zdjęcie ilustracyjne /Pixabay

Katarzyna Ciesielska, RMF MAXXX: Czy optymistom żyje się łatwiej i lepiej?

Maja Wyremblewska, psycholog: Wszystkie badania wskazują na to, że optymistom żyje się lepiej. Właściwie po co się smucić? Cały czas moglibyśmy się nad tym zastanawiać. Badania pokazują, że optymiści żyją dłużej, zarabiają więcej, są zdrowsi i wchodzą w znacznie lepsze relacje społeczne - lepiej układa im się w małżeństwach, czy w ogóle w relacjach z ludźmi.

Jest jednak tak, że niektórzy z nas są wiecznymi optymistami, a innym takie pozytywne myślenie przychodzi trudniej. Z czego to wynika?

Każdy z nas jest inny. Możemy powiedzieć o tym, że pewne różnice indywidualne, które mamy, cechy osobowości, sprzyjają rozwojowi optymizmu, albo pesymizmu. Tak samo cała gospodarka hormonalna, czynniki biologiczne, czy środowiskowe, wpływają na to, że jedni są bardziej optymistyczni, a drudzy widzą wszystko w czarnych barwach. Możemy też powiedzieć o pewnym genie szczęścia, czyli o hormonach szczęścia - endorfinie, serotoninie, czy oksytocynie, które działają na nas bardzo pobudzająco. Wtedy jesteśmy zdecydowanie bardziej optymistyczni, więcej nam się chce. W przeciwieństwie do hormonów, które wywołują w nas wzrost lęku. Takie działanie ma np. kortyzol, który powoduje, że cały czas się boimy i to nas w pewien sposób uszkadza, upośledza społecznie.

Czy pozytywnego myślenia możemy się nauczyć? Wiemy, że np. sportowcy wizualizują sobie cele i korzystają z różnego rodzaju mechanizmów, które mają pomóc im w osiąganiu sukcesów. Każdy z nas może się tego nauczyć?

Możemy zmienić sposób w jaki myślimy o sobie. Jeżeli nam się jedna rzecz nie uda, możemy powiedzieć: "Jestem do niczego", albo po prostu stwierdzić: "Tak. Tym razem mi się nie udało". To jest spora różnica. Jak dziecko raz dostanie jedynkę, to znaczy, że tylko raz mu się to zdarzyło, a nie, że jest ogólnie do niczego. Niestety, żyjemy w takiej kulturze, w której się mało chwalimy, a bardziej przedstawiamy z negatywnych stron. Gdybyśmy mieli kogoś zapytać o to, "Co dobrego jest w Tobie?", czy "Co w sobie lubisz?", to okaże się, że jest to pytanie znacznie trudniejsze niż "W czym jesteś do niczego?" lub "Czego w sobie nie lubisz?". To, czego możemy się nauczyć, to myślenia o tym, że jedna porażka, to nie jest koniec świata, że jedna jakaś nieudana próba, nie oznacza, że w ogóle jesteśmy beznadziejni. Nie myślmy w sposób: "Poniosłem porażkę, bo jestem do niczego". Bywa, że nie uczymy się na egzamin, a potem, jego oblanie tak właśnie sobie tłumaczymy. Tymczasem jeżeli mamy optymistyczne nastawienie i powiemy sobie np. "Chcę skończyć studia za 5 lat", to podejmiemy jakieś działania, ku temu, żeby to zrobić. Najlepiej właśnie sobie to zwizualizować, przedstawić jako obraz.

A warto korzystać z takich podręczników jak "Moc pozytywnego myślenia", itp.? Czy tego typu książki mogą pomóc takim osobom, którym ciężko jest myśleć o sobie dobrze, o tym czego chcą, czego pragną, o swoich marzeniach?

I tutaj znowu wchodzimy w te różnice indywidualne. Jeżeli ktoś przez wiele lat żył w przekonaniu, że jest do niczego, nie ma pracy, jego rodzina nie wspiera go, nie spotyka się z ludźmi, jest sam - to trudno takiemu człowiekowi czytając podręcznik nagle zmienić swoje życie. Może on wymagać terapii, przepracowania trudnych elementów swojego życia, konsultacji psychiatrycznej, żeby sprawdzić chociażby tę gospodarkę hormonalną, o której wspominałam wcześniej. Trudno opierać się tylko na tego typu poradnikach. Jeśli jest to jednak chwilowy kryzys, pewnie nie zaszkodzi poczytanie czegoś, co jest motywujące, proponuje inny sposób myślenia.

(mc)