"38 i pół to jest moment, kiedy sięgamy po leki przeciwgorączkowe" – mówi immunolog i pediatra dr Wojciech Feleszko. Specjalista wyjaśnia, co robić, gdy czujemy, że „coś nas bierze”.

zdj. ilustracyjne /Pixabay

W sezonie przeziębień apteki są oblegane. Jednak dostępne preparaty leczą tylko objawowo. By organizm miał szanse wydobrzeć - zostańmy w domu. Nie posyłajmy dzieci do szkół i przedszkoli. Jednak, gdy dziecko ma stan podgorączkowy, czyli temperaturę oscylującą wokół 37°C, to można wyjść na krótki spacer, byle nie dopuścić do przepocenia organizmu.

Jeżeli kaszel i katar nie przechodzą, słyszymy gołym uchem, że w klatce coś rzęzi, wówczas powinniśmy pójść do lekarza, żeby nas osłuchał.

Tymczasem nie każda gorączka, powinna nas skłonić do wizyty w przychodni. Po leki przeciwgorączkowe sięga się dopiero wtedy, gdy termometr pokazuje 38 i pół stopni Celsjusza. 

Można powiedzieć, że gorączka jest konieczna i potrzebna. Kto z nas nie zna takiej sytuacji, że wracamy przechłodzeni do domu i - żeby się rozgrzać - bierzemy gorący prysznic. Instynktownie robimy coś, co nam pomaga, bo tym prysznicem podnosimy sobie temperaturę, a wiadomo, że w wyższej temperaturze komórki układu odpornościowego wyrzucane są ze szpiku, stają się aktywniejsze, z energią zżerają wirus - tłumaczy dr n. med. Wojciech Feleszko, immunolog, pediatra z Kliniki Pneumonologii i Alergologii Wieku Dziecięcego w Warszawie.

(mc)

źródło: Medycyna Praktyczna