"Gdyby szpital, który jest najbliżej mnie, nie kupił nowego ultrasonografu i gdyby nie to, że lekarz był ciekawy, jak na nowym monitorze wyglądają moje jajniki, o chorobie dowiedziałabym się pewnie dużo później. Nie wiedziałabym, że mam raka jajnika" – mówi w rozmowie z RMF FM Anna Nowakowska, pacjentka wyleczona z nowotworu jajnika. "Najtrudniejsza wbrew pozorom nie była chemioterapia, tylko to, co spotkało moją rodzinę. Mam wrażenie, że w Polsce szwankuje psychoonkologia. Moi bliscy nie wiedzieli, co tak naprawdę dzieje się ze mną. Nie wiedzieli, jak mogą mi pomóc" – dodaje Emilia Studnicka, również wyleczona z raka jajnika.

Pacjentki wyleczone z raka jajnika zachęcają do badań profilaktycznych (zdj.ilustr.) /Eric Audras /PAP/EPA

POSŁUCHAJ ROZMOWY EWY KWAŚNY Z PROFESOREM KAZIMIERZEM PITYŃSKIM

Michał Dobrołowicz: Rak jajnika. Jaka jest to choroba z pań perspektywy? Z perspektywy kobiet, które przeszły tę chorobę, a teraz pewnie odczuwają wiele jej konsekwencji…

Anna Nowakowska, pacjentka wyleczona z raka jajnika: Jest to choroba, którą trudno jest zdiagnozować. Ciężko jest ją wykryć, bo nie daje żadnych objawów, zwłaszcza w początkowych stadiach. Umieralność na raka jajnika cały czas wzrasta. To cicha choroba, którą w większości u kobiet rozpoznaje się niestety późno, w zaawansowanym stadium.

W jaki sposób pani dowiedziała się, że jest chora?

To był czysty przypadek. Po prostu poszłam na badanie. Staram się badać regularnie, raz na pół roku i w ten sposób dbać o zdrowie. Podejrzewam, że gdyby szpital, do którego chodziłam nie kupił nowego ultrasonografu i gdyby nie to, że lekarz był ciekawy, jak na nowym monitorze wyglądają moje jajniki, nie dowiedziałabym się tak wcześnie, że jestem chora. Nie miałam kompletnie żadnych objawów. To właśnie lekarz pytając mnie, czy może sprawdzić, jak moje jajniki wyglądają na nowym, kupionym właśnie przez szpital monitorze, sprawił, że udało się wykryć chorobę.

Panią nic wcześniej nie zaniepokoiło?

Kompletnie nic!

Co było później, już po informacji, że to jest rak jajnika?

To już poszło lawinowo. Terapia, badania. Do tego chemioterapia, jedna operacja, druga operacja.

Jak długo to trwało?

Samo skoncentrowane leczenie ponad rok. Jednak, żebym mogła powiedzieć, że jestem już zdrowa musiało minąć pięć lat.

Teraz już czuje się pani zdrowa?

Całe leczenie, w tym przede wszystkim chemioterapie, powodują, że nasz organizm nie jest już mocny. Ciężko go doprowadzić do stanu sprzed czasów choroby. Do dawnej, dobrej formy. Objawia się to niższą odpornością, problemami kardiologicznymi i neurologicznymi. Dopiero teraz, po kilku latach chemioterapia daje się we znaki. Najważniejsze jest jednak to, że jestem, że przeżyłam! Ta choroba została wykryta na tyle wcześnie, że mogę teraz cieszyć się życiem!

Co było najtrudniejsze w czasie terapii? Właśnie chemioterapia?

Nie, chemia to tylko fizyczność. Odbiera to ciało. Każda kobieta, która rozpoczyna taką terapię oczywiście wie, co się z tym wiąże. Myślę o skutkach takich jak utrata włosów. To jest przeżycie dla każdej kobiety. Każdy organizm odbiera to inaczej.

Jednak najtrudniejsze są konsekwencje dla psychiki…

Emilia Studnicka, pacjentka wyleczona z raka jajnika: Zgadzam się, że chemioterapia, mimo że jest trudna, nie jest najtrudniejsza. Najtrudniejsze jest to, co dotyka rodzinę. U nas szwankuje psychoonkologia. O ile ja, pacjentka mogłam konsultować się z psychologami, to nasze rodziny były tego pozbawione i nasi bliscy do końca nie wiedzieli, co dzieje się ze mną, jaki problem mnie dotyczy. Oni chcieli pomóc, a nie potrafili. Wiedzieli, że nie są w stanie. To było bardzo trudne.

Pani Emilio, pani historia była podobna jeśli chodzi o moment zdobycia informacji o chorobie? To też był przypadek?

Nie, poszłam na badanie kontrolne po urodzeniu dziecka. Miałam wcześniej cesarskie cięcie. Lekarz zrobił USG, które nie wykazało nic niepokojącego. Potem trafiłam na oznaczenie hormonów, po którym lekarz stwierdził, że jestem w szóstym miesiącu ciąży. Po kolejnym kontrolnym badaniu okazało się, że mam czterocentymetrowego guza w jajniku, a potem dowiedziałam się, już po wynikach histopatologicznych, że to właśnie rak jajnika. Dowiedziałam się dzięki profilaktyce po porodzie.

Po urodzeniu dziecka czuła się pani dobrze?

Tak. Poszłam na wizytę kontrolną. Po prostu. To jest bardzo ważne, bo wiele kobiet po porodzie idzie tylko na pierwszą wizytę kontrolną do ginekologa i na tym poprzestaje. Moja historia to dowód na to, że warto też sprawdzać to później.

Lekarz pomylił się. Kazał oznaczyć hormony…

Pierwszym hormonem, który mówi o tym, że kobieta jest w ciąży jest hormon beta hCG. I on również rośnie w przypadku nowotworu, m.in.nowotworu jajnika i nowotworu piersi. Lekarze chcieli określić ciążę i dopiero USG wykazało, że to w żadnym wypadku nie jest ciąża. Był to dość rozległy guz.

Potem było leczenie?

Najpierw była operacja. Rozpoczęła się wielka walka o to, żeby zdobyć lek, który wygasza mutację genową, uspokaja ją. Po operacji lekarz skierował mnie na badanie mutacji genowej BRCA1 i BRCA2. Po pozytywnym wyniku tego badania powiedział, że najważniejsze dla mnie jest zdobycie leku, który usypia tę mutację.

Co może pani jako osoba, która przeszła tę chorobę, doradzić innym kobietom? Choćby jeśli chodzi o profilaktykę…

Tak naprawdę profilaktyka to jest 40 minut raz w roku. Chodzi o zbadanie się. Każda kobieta powinna o takie badanie poprosić.

O co dokładnie powinna poprosić?

Po prostu o wizytę kontrolną u ginekologa i o USG. Zwykłe USG. Każdy specjalista będzie wiedział, co ma wykonać.

"W trakcie chemioterapii normalnie zasuwałam do pracy"

Wrócę do kwestii rodziny. Jak rodziny pań zareagowały na informacje o chorobie?

Anna Nowakowska, pacjentka wyleczona z raka jajnika: Moja była w szoku. Na początku nie przyznawałam się. Nawet gdy wyjechałam z mojego rodzinnego Sanoka do Poznania na operację, to brnęłam w to, że to tylko chemioterapia, bagatelizowałam to… Moi bliscy byli zdezorientowani, martwili się. Oczywiście starali się tego nie pokazywać. Ja nie płakałam przy nich, a oni przy mnie. Na szczęście wszyscy traktowali mnie normalnie, nie użalali się nade mną. A ja czułam, że życie toczy się dalej, a ja muszę przejść przez ten trudny fragment.

Emilia Studnicka, pacjentka wyleczona z raka jajnika: Moja rodzina potraktowała cały problem zadaniowo. Nie pozwolili mi spocząć na laurach, nie było leżenia w domu, odpoczywania. Była terapia, chemioterapia i w trakcie chemioterapii normalnie zasuwałam do pracy. Moje dziecko, które było dla mnie motorem do działania, przychodziło do mnie i mówiło „Mamo, rusz się!”.

Można pracować, można być aktywną chorując na raka jajnika?

Można. Ja przez dwa i pół roku mojej choroby pracę zmieniłam trzykrotnie, bo szukałam odpowiedniego miejsca dla siebie. Pracowałam cały czas, bez żadnych przerw.

Anna Nowakowska, pacjentka wyleczona z raka jajnika: Gdy dowiedziałam się o chorobie, studiowałam. Wahałam się, czy przerwać studia. Gdy zaczęła się chemioterapia, leżałam w łóżku przez tydzień, dwa tygodnie. Nie byłam w stanie wstać z łóżka. Nie mogłam fizycznie tego zrobić. Ostatni tydzień przed kolejną chemią to była zmiana, nowa dawka energii. Petarda i nagle zaczęłam działać. Miałam na szczęście na uczelni cudownych ludzi, profesorów. Oni pomagali mi, przesuwali egzaminy, zaliczenia. Tylko dzięki temu, że pomagali mi w tym, udało mi się przejść przez ten rok.

Brak sił?
Totalny brak sił. Nie mogłam wziąć do ręki szklanki wody.

Jak długo to trwało?

Co trzy tygodnie była chemioterapia. Połowę tego czasu było wyjęte z życia: leżałam, spałam osłabiona. Kolejne półtora tygodnia to było dużo energii. Musiałam przez to przejść.