Istnieje obecnie wiele zawodów w pewnym zakresie pokrewnych, które coraz częściej przekraczają między sobą cienką linię rozgraniczającą to, co medyczne, a niemedyczne. Osoby bez studiów medycznych zaczynają wykonywać zabiegi, bądź też inne procedury, do których nie posiadają wymaganych uprawnień. Specjalista dermatolog i lekarz medycyny estetycznej dr Kamila Białek-Galas, opowiada o przypadkach takich nadużyć.

REKLAMA
zdj. ilustracyjne

Asystentki stomatologiczne wykonują procedury stomatologiczne zarezerwowane dotąd tylko dla dentystów. Optometryści, choć doskonali w doborze okularów, wchodzą w kompetencje okulistów. Tatuażyści laserowo usuwają makijaż permanentny powiek, czego lekarze uczą się na kursach, a co w tak newralgicznym obszarze może doprowadzić nawet do utraty wzroku. Masażyści i kręgarze "podbierają" pacjentów fizjoterapeutom, którzy wchodzą z kolei w kompetencje ortopedów i lekarzy rehabilitacji, gdy podają pacjentom kwas hialuronowy w kolano pod kontrolą USG (odkąd uzyskali uprawnienia do jego wykonywania). Pacjenci natomiast decydują się na korzystanie z usług coacha zamiast profesjonalnej psychoterapii. To tylko wybrane przykłady sytuacji, do których dochodzi teraz nagminnie. Zdaniem dr Kamili Białek-Galas najbardziej rozpowszechnionym przykładem są jednak procedury medycyny estetycznej.

Brak odpowiednich regulacji

Wykonywanie zabiegów z zakresu medycyny estetycznej przez osoby bez uprawnień medycznych do tej pory mogło uchodzić "na sucho". Dziedzina ta jeszcze do niedawna nie posiadała bowiem odpowiednich regulacji prawnych, które jasno określałyby granicę między tym, co lekarskie, a nielekarskie. Dopiero w połowie tego roku poczyniono pierwszy krok w kierunku ustrukturyzowania prawnego. Ministerstwo zdrowia wydało rozporządzenie, obejmujące listę 57 umiejętności zawodowych lekarzy, wśród których medycyna estetyczna i naprawcza oficjalnie zaczęła być traktowana jako umiejętność lekarska. Od tego momentu każdy lekarz może starać się o wpisanie medycyny estetycznej do swojego rejestru jako posiadana umiejętność - tłumaczy dr Kamila Białek, specjalista dermatolog i lekarz medycyny estetycznej.

Wcześniej istniała jedynie Ustawa o Zawodach Lekarza i Lekarza Dentysty. Dokument uchwalono jednak jeszcze w 1996 roku, a więc w czasach, kiedy medycyna estetyczna praktycznie nie istniała. Świadczenia z jej zakresu siłą rzeczy nie mogły być więc w niej ujęte.

Powtarzające się nadużycia

Brak regulacji prawnych w tym zakresie sprzyjał przekraczaniu pewnych granic. Przez długi czas w kompetencje lekarzy medycyny estetycznej wchodzili zwłaszcza kosmetolodzy, wykonując zabiegi laserowe czy iniekcje kwasu hialuronowego czy toksyny botulinowej, nierzadko w warunkach nieodpowiednich do tych procedur. Dziś nadużycia zdarzają się znacznie częściej, a dopuszczają się ich osoby również innych profesji "estetycznych", czego przykładem niech będą choćby fryzjerki wykonujące swoim klientkom zabiegi korekcji ust. Dobitnym przykładem tego typu wypaczeń - dosłownie sprzed kilku tygodni - może być też choćby pewna aktywna w mediach społecznościowych kosmetyczka, która najpierw ogłosiła się "ekspertem" w dziedzinie medycyny estetycznej, a następnie również stomatologii, oferując swoim "pacjentom" modny w ostatnim czasie "bonding" - przytacza dr Kamila Białek-Galas. Jednocześnie tłumaczy, co jej zdaniem - oprócz braku odpowiednich regulacji prawnych - jest przyczyną takich sytuacji:

Niektórym wydaje się, że medycyna estetyczna to stosunkowo łatwy zarobek. W związku z tym wiele osób próbuje oferować usługi z jej zakresu. Kursy z dziedziny tzw. "medycyny estetycznej" są obecnie dostępne niemal wszędzie, szkolić na takich kursach może się każdy, bez względu na posiadane, a raczej nieposiadane wykształcenie. Zdarzają się nawet kursy z rzekomą certyfikacją MEN. Wielu domorosłych specjalistów tytułuje się też "zabiegowcami/szkoleniowcami" i uczy innych tego fachu, samemu nie posiadając wiedzy, umiejętności no i oczywiście pokory. Okazuje się, że po odbyciu 8-godzinnego kursu, uczestnik może rzekomo otrzymać umiejętności, które lekarze nabywają latami. Brak kwalifikacji, kompetencji i zdrowego rozsądku to tylko jeden problem. Osoby nieposiadające uprawnień lekarskich, niemające dostępu do certyfikowanych preparatów i leków, do pozyskania których konieczne jest PWZ (prawo wykonywania zawodu lekarza), bardzo często zdobywają materiały z niepewnych źródeł, niezarejestrowane i niedostępne w obrocie - ani w Polsce, ani w UE. Jak można się domyślić, preparaty tego typu nie podlegają żadnej kontroli, często sprowadzane są z krajów azjatyckich, a sam sposób ich importowania dalece odbiega od zasad niezbędnych dla transportu wyrobów medycznych oraz leków. Sama średnio co drugi dzień otrzymuję oferty zakupu podobnych preparatów za pośrednictwem mediów społecznościowych. Również jeśli chodzi o ewentualne powikłania pozabiegowe, pacjenci są pozostawiani "sami sobie". Brak posiadania tytułu lekarza nie obliguje osób wykonujących tego typu zabiegi do niesienia pomocy, ani do ponoszenia odpowiedzialności zawodowej. Z kolei poszkodowani mogą ubiegać się o swoje prawa jedynie na drodze procesu cywilnego, co jak można się domyślić, często stanowi dla nich zbyt duże wyzwanie emocjonalne i finansowe - podsumowuje specjalistka.

Dermatolog ≠ ...

W innych dziedzinach też zdarzają się podobne przypadki. Z moich obserwacji wynika, że główna nieścisłość tyczy się trychologii, a więc zawodu, który przed laty autonomicznie nie istniał, a który zyskał na popularności dopiero w ostatnich latach. Większość pacjentów nawet nie zdaje sobie sprawy z faktu, że trychologia stanowi jedną z dziedzin dermatologii, więc każdy lekarz dermatolog był też tak naprawdę trychologiem. Obecnie jednak można być wyłącznie trychologiem, nie będąc jednocześnie dermatologiem. W związku z tym dochodzi do tego, że do mojego gabinetu przychodzi pacjent, żaląc się, że ze swoimi włosami był już dosłownie wszędzie: u endokrynologa, ginekologa czy też właśnie u trychologa... W takich momentach, kiedy pada pytanie, dlaczego nie odwiedził dermatologa, pacjent dziwi się, że dermatolog może mieć rozeznanie w temacie włosów - przyznaje dr Kamila Białek-Galas.

Powszechnie dochodzi do sytuacji, w których po postawieniu diagnozy trycholog powinien pokierować pacjenta dalej. Niestety, coraz częściej specjaliści ci samodzielnie podejmują się prób leczenia, co z reguły sprowadza się wyłącznie do stosowania różnego rodzaju szamponów czy wcierek, a więc dostępnych w ich gabinetach preparatów, które nie są lekami, opóźniając jednoczenie rozpoczęcie procesu skutecznego leczenia. Zdarza się też, że trycholodzy nadużywają również swoich uprawnień i wykonują zabiegi z przerwaniem ciągłości tkanek.

Zagrożenie epidemiologiczne?

O ile nie ma regulacji dotyczących medycyny estetycznej, o tyle te dotyczące transfuzjologii - już istnieją. Co więcej, są to regulacje bardzo dokładnie skonstruowane i mówią one o tym, że ani pobierać krwi, ani tym bardziej przetaczać jej nie może nikt inny niż lekarz i pielęgniarka, na bezpośrednie zalecenie lekarza. Tymczasem osoby niewykwalifikowane również bardzo często podają swoim pacjentom osocze bogatopłytkowe w skórę głowy, co w ogóle nie powinno mieć miejsca. Nie wspominając już o tym, że pobieranie, a następnie wirowanie krwi w warunkach poza gabinetem lekarskim zawsze stwarza zagrożenie epidemiologiczne.

Inna sprawa to nadużycia dotyczące podologów, którzy nie odsyłają pacjentów do lekarzy konkretnych specjalizacji, w sytuacjach, w których jest to wymagane. Niekiedy podolodzy nie potrafią przyznać, że jakiś problem nie leży już w zakresie ich kompetencji, a jednocześnie nie odsyłają pacjentów choćby do dermatologów, którzy w konkretnych przypadkach zlecają antybiotykoterapię lub kierują na ściągnięcie paznokci do chirurgów - konkluduje dr Kamila Białek-Galas.

Doktor nie zawsze jest lekarzem

Osoby nie posiadające tytułu lekarza medycyny mogą bronić pracę doktorską na uczelni medycznej, przez co np. kosmetolog zaczyna posługiwać się tytułem doktora nauk medycznych. Nie jest lekarzem, nie może wystawiać recept, ale przez pacjentów często jest tak postrzegany. Kilkakrotnie trafiali do mnie pacjenci leczeni wcześniej przez "doktorów nauk medycznych". Dopiero w trakcie wywiadu lekarskiego okazywało się, że dana osoba była pod opieką kogoś z tytułem doktora, który nie był jednocześnie lekarzem. Oczywiście pacjent nie miał tego świadomości. Nie sugeruję, że taka kosmetolog łamie w jakikolwiek sposób prawo, bo przecież nie leczy. Wykonuje zabiegi kosmetologiczne, ale jednocześnie nie wyprowadza pacjenta z błędu i nie przyznaje, że nie jest lekarzem - komentuje ekspertka portalu "Twoje Zdrowie".

Jak widać, tego typu sytuacje zdarzają się w dzisiejszym świecie nagminnie i stają się problemem zarówno dla pacjentów, jak i specjalistów. By mogło się coś zmienić, potrzebne są jednak nie tylko nowe regulacje, ale także... dobra wola osób z branży oraz nieustanne uświadamianie pacjentów, gdzie, kiedy i do kogo najlepiej udać się po profesjonalną pomoc.