Rodzicielstwo nie musi być walką o władzę, a wychowanie może opierać się na miłości, wzajemnym szacunku i trosce. Choć to dość oczywiste wartości okazuje się, że w praktyce niełatwo nam się wyzbyć mechanizmów rodzicielstwa wymuszającego określone postawy karami i nagrodami. Czym jest rodzicielstwo bliskości? Z psychologiem specjalizującym się w tym nurcie Agnieszką Stein rozmawiała Marlena Chudzio. Agnieszka Stein jest autorką m.in. książki „Dziecko z bliska” – pierwszej polskiej pozycji o rodzicielstwie bliskości, która kompleksowo opisuje relacje w rodzinie.

REKLAMA

Marlena Chudzio, RMF FM: Co to jest rodzicielstwo bliskości?

Agnieszka Stein: To taka idea, która pomaga - mam wrażenie - ludziom złapać kontakt z tym, co jest dla nich ważne w relacji z drugim człowiekiem, zwłaszcza z dzieckiem. Pomaga im wybierać, w jaki sposób chcą swoje rodzicielstwo budować. Ta idea trochę różni się od wielu przekazów tradycyjnych, które mamy na temat relacji rodzica z dzieckiem. To, że ta idea jest wyrażona właśnie jakąś nazwą, terminem, pomaga ludziom się identyfikować z konkretnym podejściem, pomaga im znajdować się nawzajem i więcej z tego czerpać.

Są jakieś filary filozofii rodzicielstwa bliskości?

To jest nie proste. Ja mogę powiedzieć, że filarem jest równa godność każdego człowieka. To jest niestety w naszej kulturze bardzo dużym paradoksem, że aby opierać swoje życie na równej godności, to trzeba do tego specjalnej idei.

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Rodzicielstwo bliskości

Równej godności, czyli - i ja, i dziecko mamy takie samo prawo czuć i wyrażać siebie. Tak to rozumiem.

Jakbym powiedziała, że ja, dziecko i każdy inny człowiek nie tyle mamy prawo czuć i wyrażać siebie, co: każdy z nas jest osobnym człowiekiem. Jeden człowiek nie służy drugiemu do zaspokajania jego potrzeb. Nie jest przedmiotem i środkiem do celu, tylko jest osobą samą w sobie, która jest tak samo ważna. Taką drugą podstawową rzeczą jest to, że rodzicielstwo bliskości to zaufanie. Wiara w to, że wszyscy ludzie tak samo dążą do zatroszczenia się do siebie, do rozwoju, do życia w wielkim szczęściu, dobrostanie i że nie robią tego przeciwko innym.

Opozycją do tego będzie takie podejście do wychowania dziecka jak do tresury. Przekonanie, że musimy metodą nagród i kar wymusić na dziecku pewną postawę nie tyle dobrą, co taką, która nam odpowiada, którą my postrzegamy jako dobrą.

Niezależnie czy mówimy o dzieciach, czy mówimy o dorosłych, łatwo utożsamiamy to co jest dobre z naszej perspektywy, z tym, że to jest dobre w ogóle. Często zapominamy, że drugi człowiek może pojęcia: dobre, ważne i potrzebne postrzegać inaczej, niż my to postrzegamy.

I tutaj pewnie się odezwie sporo osób, mówiąc: No dobrze, ale ten mały człowiek jeszcze nie wie, co jest dla niego dobre a co złe.

Jakaś wiedza na ten temat jest, że jednak w większości wie. Tak jak każdy żywy organizm wie, czuje w swoim organizmie sygnały, które mówią mu, czy to, co się z nim dzieje sprzyja jego dobrostanowi czy nie. Małe dziecko też to pokazuje. Pokazuje nam się dobrze czuje czy źle. Czy jest mu dobrze, czy jest mu trudno, czy się czuje bezpiecznie. My możemy jako dorośli te sygnały odczytywać, ale te sygnały pochodzą od dziecka. W tej chwili bardzo wspierające dla rodzicielstwa bliskości jest to, że wiedza naukowa jest coraz bardziej spójna z takim patrzeniem na człowieka. Np. jakby prześledzić to, jakie były zalecenia dotyczące żywienia małych dzieci, to najpierw były bardzo konkretne zalecenia, co ile godzin ile pożywienia trzeba podać. Teraz mówi o karmieniu zgodnie z potrzebami i sygnałami dziecka.

Czyli dla dziecka lepiej, jeśli dostanie jeść kiedy będzie potrzebowało, niż to, że mama będzie trzymać się starych pielęgniarskich zapisów, że karmimy co 2 godziny i należy dziecko przetrzymać.

Tak. To wynika z tego, że ludzie są różni - już od urodzenia - i potrzebują różnego traktowania. Poza tym kiedy reaguję na sygnały dziecka i jego komunikaty, to daję mu nie tylko jedzenie. Daje mu doświadczenie, że ono samo może odczytywać różne sygnały swojego ciała, że może im zaufać. Daję mu doświadczenie adekwatnego reagowania na sygnał. Kiedy dziecko komunikuje, że jest głodne, że czegoś potrzebuje, że czuje dyskomfort a reakcja dorosłego nie następuje w krótkim czasie, dziecko uczy się, że komunikowanie swoich potrzeb nie ma sensu, bo nie przynosi efektu w postaci ukojenia. Ja bardzo często słyszę taką tezę, że nie można reagować na płacz i różne sygnały malutkiego dziecka, ponieważ ono się wtedy nauczy, że może tymi sygnałami różne rzeczy uzyskać.

Przecież właśnie o to chodzi w tych sygnałach.

Dokładnie o to chodzi, żeby ono się nauczyło, że tymi komunikatami można coś uzyskać.

To tak naprawdę pierwsza nauka mówienia.

Mówienia, komunikowania się, bycia w relacji, troszczenia się o siebie, miłości, zaufania - mogłabym długo wymieniać.

Podobne rady można usłyszeć, jeśli chodzi o noszenie - nie noś, bo przyzwyczaisz.

Tak. Noszenie, przytulanie, spanie, mnóstwo rzeczy.


A jeśli stwierdzimy, że nasze dziecko zrobiło coś złego. Obiektywnie złego. Zabrało coś, uderzyło kogoś. Jaka powinna być reakcja rodzica?

Zatrzymajmy się przy tym "obiektywnie złym". Mówimy o bardzo malutkich dzieciach, które mają bardzo mało świadomości i umiejętności rozeznania, co robią. Czy powiedziałaby pani o rocznym dziecku, które ugryzło rodzica, że robi coś obiektywnie złego?

Na pewno nie miało takiej świadomości. Zareagowało instynktownie.

Bardzo szybko - kiedy dziecko ma 2 lata i zaczyna trochę mówić - przypisujemy mu świadomość rozeznania sytuacji. I to analogiczne do tego, które mają dorośli. Zaczynamy traktować to, co dziecko robi, jako jego świadomą decyzję.

Zobacz, jakie jest niegrzeczne, bo się rozpłakało.

Albo zabrało coś, bo jeszcze się rozpłakało to jeszcze ok. Pani powiedziała - zabrało coś, albo uderzyło. To, co mnie pomaga, to odejście od kategorii obiektywne dobre i złe. Warto podejść do tego w kategorii, jaki to zachowanie ma sens dla danego człowieka, jakie potrzeby chce w ten sposób zaspokoić.

Wobec tego rocznego czy dwuletniego dziecka, które ugryzło, powinniśmy jakoś zasygnalizować, że nas to zabolało?

Myślę, że na początek, powinniśmy wziąć odpowiedzialność, za to, że to ja tutaj odpowiadam za bezpieczeństwo.

Czyli zastanowić się co spowodowało, że dziecko ugryzło?

W tym wieku to przeważnie wiek to powoduje. Myślę, że jeżeli nie chcę być gryziona, to muszę mieć więcej czujności, mówić stop albo jeśli te małe ząbki się zacisną, to się jakoś uwolnić. Gdy rodzice pytają, czy mówić, że bolało, odpowiadam - jak wam to pomaga, możecie mówić, ale nie liczyłabym za bardzo, że to spowoduje, że tak małe dziecko zacznie się powstrzymywać. W tym momencie nie ma za wielu narzędzi, żeby w jakiś inny sposób wyrażać swoje emocje, nawiązywać kontakty i robić wiele innych rzeczy, które dzieci robią przez gryzienie.

Czy to jest podejście w rodzicielstwie tylko do małych dzieci?

Nie, ale gdy mówimy o małych dzieciach, to ludziom łatwiej uwierzyć w ich dobre intencje. Łatwiej ludziom zaufać małemu dziecku. Do mnie na konsultacje przychodzą rodzice dzieci w każdym wieku i przychodzą dorośli, którzy uczą się ufać sobie, nie tylko relacji z dzieckiem.

Czy z tego podejścia można zacząć korzystać w każdym momencie życia dziecka? Jeżeli czytają to rodzice kilkulatków, to pewne procesy już zaszły.

Zawsze zachodzą różne procesy. Każde dziecko dostaje trochę wsparcia, troski o miłości oraz trochę trudnych doświadczeń. Nie chodzi o bycie rodzicem całkiem idealnym, tylko o to, żeby tych rzeczy, które budują naszą relację było każdego dnia trochę więcej.

Ktoś, kto słucha powie - no dobrze, przytulaj, kochaj i daj sobie wejść na głowę. Zobaczysz, co będzie!

Tak. To w naszej kulturze rozpowszechniony pomysł, że albo ja będę rządzić, albo dziecko. Trudno ludziom zobaczyć perspektywę równej godności.

Bardzo często spotykam się podejściem do rodzicielstwa, że to jest walka o władzę.

Tak, zdecydowanie. Rodzicielstwo bliskości wymaga świadomego wyboru, że ja chcę budować relację opartą na równej godności, czyli nie chcę w ogóle walki władze. To jest uwierzenie w sytuację, że w ogóle nie ma władzy.

Na jakich dorosłych wyrastają dzieci, które w ten sposób były traktowane?

To jest pytanie, które często ludzie zadają. Trochę z taką myślą, że rodzicielstwo bliskości jest dość nową ideą. Termin rodzicielstwo bliskości pojawił się w Polsce mniej więcej wtedy, kiedy moje dziecko było malutkie. Czyli jakieś 16 lat temu.

Ale samo działanie myślę, że jest na tyle instynktowne, że pewnie wielu rodziców je stosowało.

Tak. Jednak gdy ludzie pytają, co z tych ludzi wyrośnie, to jest trudno odpowiedzieć. Takich dowodów i badań nie da się dużo przytoczyć. Są badania dotyczące pojedynczych praktyk. Ja tak naprawdę nie zajmuję się pokazywaniem rodzicom, jak uczyć dzieci różnych rzeczy. Najpierw zajmuję się tym, jak rodzice mogą sami siebie nauczyć różnych rzeczy.

To chyba trochę walka z własnymi emocjami, prawda?

Nie walka. Powiedziałem, że nauka opiekowania się nimi i zaprzyjaźnia się z nimi.

Co zrobić rodzicielską złością?

Złość to jest taka sytuacja, w której - trochę tak jak w samochodzie - zaczyna migać światełko, że coś przestało działać. Złość jest takim światełkiem. I wtedy się wysiada z samochodu i szuka, co przestało działać. Trudno jest odpowiadać w prosty sposób na pytanie, co zrobić rodzicielską złością. Ona może być sygnałem, że coś przestało działać. Najczęściej kilka rzeczy naraz.

Rozumiem, żeby aby rodzicielstwo bliskości funkcjonowało, muszą mieć podobne podejście i mama, i tata.

Znowu nie widziałabym tej sytuacji tak jednoznacznie. Każdy człowiek jest odpowiedzialny za siebie, czyli za swoje działania i decyzje. Niezależnie od tego, co robi drugi rodzic, decyzja o budowaniu relacji opartej na równej godności ma ogromną wartość. Nie chodzi o to, żeby się powstrzymywać przed troską, miłością i szacunkiem dla dziecka, dlatego że drugi rodzic to nie wierzy.