"Najważniejsze na początku jest postawić sobie jakiś cel. W moim przypadku celem było uzyskanie samodzielności. To była taka wielka motywacja, żeby wszystkiego od podstaw się nauczyć. To była długa ciężka praca poprzez ból, płacz, może też i nienawiść do samego siebie i do innych ludzi. Ale ten cel, gdy go zrealizowałem, dowartościował mnie do tego stopnia, że się czuję szczęśliwy" - mówi RMF FM Rafał Miszkiel, który w 2013 roku przeszedł bardzo poważny wypadek. Po porażeniu prądem i upadku z wysokości stracił dłoń i uległ paraliżowi. W napisanej z Ewą Raczyńską książce "Porażony życiem" opisuje swoją walkę i dzieli się doświadczeniem życia z niepełnosprawnością. Ma nadzieje, że to pomoże innym osobom w podobnej sytuacji.

REKLAMA

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Rafał Miszkiel: Najważniejsze na początku jest postawić sobie jakiś cel

Grzegorz Jasiński: Proszę mi powiedzieć, dlaczego napisał pan tę książkę. To jest książka poruszająca, mocna, napisana bez owijania w bawełnę. Czy to jest jakiś sposób rozliczenia się z tym czasem od wypadku do teraz, czy to jest może poradnik dla innych?

Rafał Miszkiel: Ja myślę, że chciałem coś po sobie pozostawić w swoim życiu i też podzielić się z ludźmi taką nabytą wiedzą. Bo ja też pamiętam taki moment, jak leżałem w łóżku szpitalnym przez pół roku w 2013 roku, to szukałem jakiegoś podobnego kanału, jakiegoś bloga i tym podobne, osoby w takim stanie jak mój. I niczego takiego nie znalazłem. Więc to był taki gdzieś tam czynnik motywacyjny, żeby ludziom przekazywać tę wiedzę, bo to jest bardzo istotne. Znajdujesz się na łóżku szpitalnym, poskładają cię lekarze, a potem, żeby wrócić do życia w rodzinie, do seksualności, czy do innych bardzo ważnych tematów, to trzeba gdzieś tam metodą prób i błędów samemu eksperymentować ze swoim ciałem. Albo trzeba pozyskiwać taką informację u osób, które gdzieś tam się tym zajmują, czy to na przykład jakiejś fundacji, jakichś prywatnych specjalistów, albo zapytać prywatnie osoby z niepełnosprawnością, jak wygląda ten świat od wewnątrz. Uważam, że ta książka jest takim starter packiem dla osoby z niepełnosprawnością, które gdzieś tam wylądują na wózku po wypadku. Bo w tej książce w sumie jest wszystko to, co najważniejsze od sportu, przez podróże, seksualność, zainteresowania, po pracę. Myślę, że każdy znajdzie tam wszystko dla siebie, tak żeby z powrotem poskładać się po tej trudnej sytuacji.

A dla osób które są sprawne i tak naprawdę nie miały na przykład kontaktu z osobą z niepełnosprawnością. Czy sądzi pan że to jest także książka dla nich pokazująca świat, który który jednak jest im niedostępny?

Myślę że tak, przede wszystkim dla rodziców. Bo często tak jest, że jeśli dziecko z niepełnosprawnością wyląduje na wózku, albo od urodzenia będzie miało jakieś ograniczenia, to rodzice bardzo często nie wiedzą, że taka osoba może dużo osiągnąć i pojawia się ograniczanie, zakazy wychodzenia z domu, brak czynnika motywacyjnego, żeby to dziecko się usamodzielniło. Więc myślę że to jest też taka książka, która otworzy oczy wielu rodzicom i w sumie już takie pozytywne komentarze od rodziców osób z niepełnosprawnością dostawałem. I też myślę, że ta książka jest takim materiałem edukacyjnym dla osób, które uczą się w kierunku medycyny. Czy to jakaś rehabilitacja, czy to ogólnie w tym kierunku. Bo ja pamiętam też, jak leżałem w łóżku szpitalnym, to mi lekarze nie dawali szans na przeżycie, a jednak udało się z tej tragicznej sytuacji wyjść. Więc myślę, że warto każdy przypadek ratować i starać się pomóc tej drugiej osobie.

Rafał Miszkiel nad Morskim Okiem

Wspomina pan ten szczególnie trudny czas bezpośrednio po wypadku i potem walkę o życie, walkę o zachowanie takiej sprawności, jaka jest możliwa. I potem jakby każdy kolejny krok. Co pan uważa za najważniejszy element na tym etapie, dla osoby, która uległa wypadkowi, której świat się przewrócił do góry nogami? Co tam jest najbardziej potrzebne, żeby się trzymać, walczyć o siebie i starać się nie upadać na duchu, ale szukać pozytywów tej sytuacji takiej jaka ona jest?

Myślę że najważniejsze na początku jest postawić sobie jakiś cel. W moim przypadku celem było uzyskanie samodzielności. To była taka wielka motywacja, żeby wszystkiego od podstaw się nauczyć, najważniejszych czynności, typu przesiadania się, ubierania się, robienia kanapek, załatwiania potrzeb fizjologicznych. To była długa ciężka praca poprzez ból, płacz, może też i nienawiść do samego siebie i do innych ludzi. Ale ten cel mnie tak w tej chwili dowartościował, gdy go zrealizowałem. Do tego stopnia, że się czuję szczęśliwy, bo osiągnąłem to na co ciężko pracowałem i to o czym marzyłem. W sumie dzieki temu gdzieś te smutki i zmartwienia już dawno przeminęły. Jak człowiek ma jakiś cel i sens swojego życia, to też nie zatraca się w tym smutku. Trzeba wszystko robić, żeby nie siedzieć i nie myśleć o tym, co było, tylko starać się naprawić te wszystkie błędy, które człowiek sam popełnił, albo niechcący ktoś nam zrobił jakąś krzywdę. Ale warto starać się tę sytuację polepszyć. Myślę że każdą sytuację, choć o parę procent można gdzieś tam polepszyć.

Jak pan sądzi, czego ludzie sprawni, którzy nie mieli bliskiej osoby po tak ciężkim wypadku, nie znają takiej osoby, nie wiedzą. Czego osoby sprawne nie wiedzą, a powinny wiedzieć żeby móc w jakikolwiek sposób i podchodzić do osoby z niepełnosprawnością w empatyczny sposób, i pomóc jej? Zrobić to przy tym tak, żeby to miało sens, żeby faktycznie ta pomoc mogła być przyjęta, była przydatna.

Myślę, że ludzie najczęściej nie wiedzą, kiedy i jak pomagać, bo moim zdaniem, ale też zdaniem wszystkich innych osób z niepełnosprawnością, nie powinno się pomagać nikomu na siłę. Bo przykładowo jedziesz na wózku, a ktoś zaczyna ciebie tarmosić, chwytać, nie wiadomo z jakiego powodu, nie wiesz co się dzieje, czasem jeszcze z zaskoczenia z tyłu. Więc tutaj zawsze trzeba kogoś zapytać. Jeżeli chcemy komuś pomóc, to warto kogoś zapytać, czy potrzebuje pomocy. Jeżeli potrzebuje pomocy, to warto zapytać, w jaki sposób pomóc. Bo też przykładowo wózek inwalidzki aktywny ma dużo elementów, które bardzo łatwo jest zdemontować. Jeżeli chwycimy w nieodpowiedni sposób, to możemy tę osobę wywrócić, zniszczyć jej sprzęt. Więc trzeba zawsze słuchać osoby z niepełnosprawnością, bo ona wie, w jaki sposób jej trzeba pomóc. Nigdy nigdy nie wolno robić tego na siłę.

My często podchodzimy do mediów społecznościowych z pewnym dystansem. Obawiamy się, że może ich dominacja w naszym życiu staje się zbyt duża. Ale z pana książki można wyczytać, że tak naprawdę media społecznościowe stały się dla pana pewnego rodzaju szansą, możliwością, taką trampoliną do dalszego życia. Czy tak jest rzeczywiście?

Tak. Ja też pisząc książkę miałem taką refleksję, że ten cały etap bycia w internecie był dla mnie też w jakimś stopniu taką terapią. To jest to, o czym wcześniej wspomniałem, że miałem jakiś cel, jakiś sens. Cały czas coś robiłem, czułem wsparcie wśród ludzi i nie zatracałem się w tym smutku. Bo postawiłem sobie za cel skok ze spadochronem i skupiałem się na nim, bo chciałem ludziom też go jednocześnie pokazać. Dzięki temu też później, tworząc w internecie, zdobywałem znajomości, dzięki którym zdobywałem pracę, rozwijałem się, zdobyłem dużo umiejętności, które gdzieś tam mogę zamieścić w CV. Tak, że uważam, że to był taki bardzo bardzo duży progres i rozwój dzięki internetowi, który mnie odmienił, w jakimś stopniu i dał mi taką też szansę na lepsze życie w mojej sytuacji, bo nie ukrywam też, że w jakimś stopniu dorabiam sobie gdzieś tam, tworząc tutaj w internecie. Na co dzień pracuje w bankowości. Ale tak to sobie jeszcze dorabiam w internecie, bo jednak życie na wózku jest bardzo drogie. I tutaj trzeba kombinować, starać się, szukać dodatkowych źródeł dochodu, żeby ten komfort życia polepszyć. Bo protezy, czy wózki inwalidzkie sporo kosztują. Wiadomo, że są jakieś dofinansowania, ale często trzeba też jakiś wkład własny do tego dorzucić. Tak, że to wszystko, to całe życie wiąże się z bardzo dużymi kosztami.

W pana książce można - jeśli dobrze to interpretuję - wyczytać że choć stosunki z rodzicami te przed wypadkiem ocenia pan dość krytycznie to jednak poświęcenie, pomoc rodziców po wypadku, miała gigantyczne znaczenie dla pana rehabilitacji i dla takiego odbicia się w górę. Nie tylko pomoc, zmiana mieszkania, oczywiście finansowanie różnych metod terapii, ale też troska.

Tak. Z rodzicami to myślę, że też dzięki temu wypadkowi nasze relacje w jakimś stopniu się polepszyły. I zawsze mam wsparcie. Po wypadku nigdy niczego mi nie brakowało. Zawsze mogłem na nich liczyć i nadal mogę liczyć na mojego brata, czy to na moich rodziców, pomimo tego, że się usamodzielniłem. Sami proponują jakąś pomoc, czy to finansowo, czy to coś mi kupić i przywieźć gdzieś tam, przemieścić itp. Więc jest to bardzo bardzo miłe z ich strony. Ale pamiętam to kiedyś nie było za kolorowo, nie było pięknie. Bo byłem wychowywany w dosyć taki... starodawny sposób bardzo taki trudny, ale że tak powiem...

Rygorystyczny?

Rygorystyczny. Taki bardzo, bardzo wymagający, co trochę negatywnie wpłynęło gdzieś tam w okresie tym nastoletnim na nasze relacje. Ale najważniejsze, że teraz wszystko się odmieniło. Każdy z nas ma jakieś refleksje i wszystko poszło w takim kierunku, że mamy taką relację ze sobą, że w ogóle się nie kłócimy i się świetnie dogadujemy.

Chciałem pana zapytać jeszcze o jedną rzecz, bo obserwowanie tego, że osoby z niepełnosprawnościami te swoje słabości pokonują, walczą o sprawność, o taką wszechstronność, żeby mogły różnymi rzeczami się zajmować, oczywiście imponuje. To też pokazuje, że tak naprawdę osoby, które fizycznych niepełnosprawności nie mają, każdy z nas, może mieć niepełnosprawność innego typu, pewne lęki, ograniczenia, bariery. One nie muszą być widoczne na pierwszy rzut oka, ale my je pokonujemy, albo nie. Ja się zastanawiam nad jednym aspektem. Ta historia przełamywania barier, tej ambicji, jest oczywiście motywująca, daje nadzieję. Ale jak pan sądzi, czy zetknął się pan z takimi opiniami, że dla niektórych osób to może być za dużo, to może jest za trudne. Czy to nie wbija w poczucie winy tych, którzy może nie mają aż takiej siły? Jak pan sądzi? Jaki odbiór pan napotyka choćby w mediach społecznościowych?

Jak to w internecie, czasami ktoś cię będzie hejtowal, albo starał się wbić tobie taką szpilkę. Ta jest całkowicie naturalna, ale generalnie, przez cały okres tworzenia w internecie, 90-95 proc. odbioru ze strony widzów była pozytywna. I w sumie nawet po napisaniu książki ludzie mi dziękowali za taką dawkę motywacyjną, dostawałem bardzo dużo takich fajnych prywatnych wiadomości. I też jeszcze pamiętam zanim wydałem to książkę, to też dostawałem dużo takich bardzo przyjaznych i miłych informacji od moich widzów. Pamiętam, jak się przeprowadzałem do Warszawy i nagrywałem o tym materiały, to zmotywowałem dwie inne osoby na wózkach inwalidzkich. Wzięły ze mnie przykład, od tej pory mieszkają w Warszawie samodzielnie, bo zobaczyły, zrozumiały, że da się w taki sposób. Jednak wiele osób gdzieś tam boi się podjąć takie ryzyko, wyjść z takiej strefy komfortu. Bo jak mieszkasz z rodzicami no to jest wygodnie, bo we wszystkim ci pomagają. Jak idziesz na swoje, to jesteś rzucony na głęboką wodę, musisz samemu wszystko od podstaw sobie zaplanować, czy to finansowo, czy to mieszkanie dostosować i jakieś tam swoje life hacki zastosować, żeby to wszystko w miarę budżetowo wyszło. A więc ja uważam, że cała ta moja historia jest takim przykładem, że da się, że da się wyjść nawet z tragicznej sytuacji. Ja wiem, że może za dużo gdzieś tam w życiu robiłem i jestem taką wymagającą osobą. Akurat mam taką osobowość, że bardzo szybko się nudzę i potrzebuje nowych wrażeń, ale każdy z nas ma gdzieś tam jakieś swoje oczekiwania, wiadomo że nie każdy musi robić to samo. Jednego człowieka zadowoli jakiś wyjazd w góry, innego za granicę, inny będzie strzelał, jeszcze inny będzie jeździł na wózku na długie dystanse. Każdy z nas gdzieś to ma jakieś swoje ambicje i marzenia.

Życzę Panu spełniania tych marzeń i dziękuję za tę rozmowę na dziś. Ale myślę że do tej rozmowy jeszcze w przyszłości wrócimy.

Dziękuję za rozmowę.

"Porażony życiem" książka Rafała Miszkiela i Ewy Raczyńskiej