To jeden z niewielu szpitali w Polsce, w którym leczy się zarówno dorosłych jak i dzieci z koronawirusem. „Zdarza się, że nie ma kto przyjechać po dziecko, bo cała rodzina jest chora albo w kwarantannie” – przyznaje w rozmowie z portalem „Twoje Zdrowie” lek. Lidia Stopyra ordynator Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii w Szpitalu Specjalistycznym im. Stefana Żeromskiego w Krakowie.

REKLAMA
lek. Lidia Stopyra /

Marcin Czarnobilski, redakcja "Twoje Zdrowie": Na początku lutego w rozmowie z naszym portalem apelowała pani doktor, by nie wpadać w panikę, gdyż szansa, że gdzieś na ulicy spotkamy osobę zakażoną koronawirusem jest znikoma. Czy spodziewała się pani, że epidemia przybierze taki rozmiar z jakim mamy do czynienia obecnie?

Lek. Lidia Stopyra, specjalista chorób zakaźnych: Istotnie, z początkiem lutego szansa na spotkanie na ulicy kogoś zakażonego SARS-CoV-2 była znikoma. I nikt się nie spodziewał, że za kilka tygodni dojdzie do pandemii i nasza codzienność tak diametralnie się zmieni. Wówczas mieliśmy ognisko koronawirusa w Chinach, wiedzieliśmy, że może się przenieść i będziemy wygaszać zachorowania w Europie. Ale to co się zdarzyło - ilość zachorowań i zgonów na całym świecie, lockdown, straty ekonomiczne, gospodarcze, wielki globalny problem w każdej dziedzinie życia to sytuacja absolutnie wyjątkowa w skali całego mojego zawodowego życia.

Wielokrotnie wyjeżdżała pani doktor na misje medyczne do krajów, gdzie służba zdrowia kuleje, ludzie zapadają na różne choroby wirusowe, jednak do pandemii nie dochodzi.


Tutaj mamy inną sytuację. Koronawirus-2019 ma szczególny potencjał, który polega na tym, że ponad 80 proc. ludzi choruje łagodnie. W związku z czym jak jeszcze nie było izolacji, te osoby - bezobjawowe czy skąpoobjawowe, (czyli mające lekkie przeziębienia) normalnie funkcjonowały: chodziły do pracy, szkoły, na zakupy, koncerty, mecze, jednym słowem wszędzie. Ktoś się gorzej poczuł, więc potrzebował zwolnienia lekarskiego i przemieszczał się od jednego do drugiego gabinetu. I zarażał wszystkich dookoła. A pozostałe kilkanaście procent zakażonych zachorowało niestety bardzo ciężko. To właśnie stanowi o olbrzymim potencjale wirusa w wywoływaniu pandemii. A właśnie te kilkanaście procent osób jest olbrzymim wyzwaniem organizacyjnym dla systemu ochrony zdrowia związanym np. z zabezpieczeniem odpowiedniej liczby miejsc w szpitalach i na intensywnej terapii.

Ale to przecież nie pierwsza epidemia. Nie nabraliśmy doświadczeń?

Oczywiście, mieliśmy wcześniej epidemie typu SARS i MERS, tam śmiertelność też była wysoka, natomiast nie doszło do takiej skali rozprzestrzeniania się. Jeżeli mamy do czynienia z chorobą zakaźną, która prawie u wszystkich wywołuje poważne objawy, chorzy zostają natychmiast w domu, nie ruszają się z łóżka i nie dochodzi do szybkiego rozprzestrzeniania się wirusa. Jednak gdy mamy sytuację taką, że 80 proc. choruje łagodnie, czuje np. tylko lekkie drapanie w gardle to żyje jak zwykle i nieświadomie wszystkich dookoła zaraża. Stąd czas przed izolacją był okresem niekontrolowanego rozprzestrzeniania się koronawirusa.

Diagnozowała pani jednych z pierwszych pacjentów z COVID-19 w Polsce. Z jakimi objawami najczęściej trafiali do szpitala?

Były typowe objawy jak gorączka, kaszel i duszność, ale później się okazało, że dość często pojawiają się biegunki, szczególnie u dzieci i to bez objawów z górnych dróg oddechowych. Niektórzy pacjenci mówili też o bardzo charakterystycznych zaburzeniach węchu i smaku.

Wspomniała pani o dzieciach. U ilu z nich potwierdziliście zakażenie?

W tym momencie mamy sześcioro hospitalizowanych dzieci z potwierdzonym Covidem. Kilkoro już wypisaliśmy. Są też takie, które bardzo łagodnie chorują i pozostają w obserwacji domowej.

Dzieci generalnie lżej przechodzą tę chorobę w porównaniu z dorosłymi?

Zdecydowanie tak, zazwyczaj dzieci przechodzą zakażenie bezobjawowo lub mają łagodne objawy ze strony górnych dróg oddechowych. Najwięcej danych o tym jak chorują dzieci pochodzi z Chin i Włoch gdzie opisywano ciężki przebieg choroby u ok. 6 proc. dzieci, niecałe 2 proc. dzieci wymagało leczenia w oddziale intensywnej terapii. Nie spodziewamy się więc dużej ilości ciężko chorych dzieci, ale takie dzieci na pewno będą. Już są - co chwila media donoszą o śmierci m.in. 16-sto i 12-letniej dziewczynki. Musimy też zachować maksymalną czujność. Regularnie odbywam telekonferencje z lekarzami ze znacznie większym doświadczeniem z racji ilości zachorowań - z Włoch i USA, którzy relacjonują sytuacje, kiedy dziecko stosunkowo łagodnie chorujące, gwałtownie w ciągu kilku godzin się pogarsza. Musimy być na to przygotowani.

Są naukowcy, którzy twierdzą, że prawie 90 procent całej populacji będzie nosicielem koronawirusa. Czy podziela pani ten pogląd?

Może tak być. SARS-CoV-2 jest bardzo zakaźny. Obserwujemy w praktyce sytuacje, że choruje jedna osoba, bada się 20 z otoczenia i okazuje się, że 13 jest zakażonych. Zupełnie bezobjawowych, normalnie funkcjonujących.

I przeciwciała się wytworzą i taka osoba nabierze odporności?

Tak, ale nie wiemy jeszcze na jak długo się uodporni, bo za krótko się znamy z tym wirusem.

Skoro i tak większość z nas wcześniej czy później może zachorować to nie wystarczy przestrzegać podstawowych zasad higieny, a funkcjonować zwyczajnie?

Najlepiej byłoby dążyć do przetrwania bez zachorowania do czasów, gdy zostanie wynaleziona szczepionka i w pełni skuteczne leczenie, ale nawet zakładając najgorszy scenariusz, że prawie wszyscy prędzej czy później zachorujemy musimy się na to jak najlepiej przygotować. Tak, aby było jak najbezpieczniej, jak najmniej ciężkich przebiegów i jak najmniej zgonów. W tym momencie nie mamy w pełni skutecznego leku przeciwwirusowego, nie mamy szczepionki. Nasz układ odpornościowy musi poradzić sobie z wirusem. Jedyne co możemy zrobić to izolacja. Tylko tak można maksymalnie ograniczyć ilość zachorowań, uniknąć sytuacji, gdy wszyscy zachorują równoczasowo, zabraknie miejsc w szpitalach i personelu opiekującego się chorymi. Poprzez higienę, o której pan wspomniał my minimalizujemy to ryzyko. Dla przebiegu zakażenia poza stanem naszego układu odpornościowego mają wpływ jeszcze inne czynniki m.in. ilość materiału zakaźnego, którym jesteśmy zarażeni. Jeżeli zachowujemy się całkowicie spontaniczne - np. pijemy z jednej butelki, jemy wspólną kanapkę z osobą zakażoną, ilość materiału zakaźnego jest duża. Przy utrzymywaniu zasad higieny - nawet gdyby doszło do zarażenia - to znacznie mniejszą ilością wirusa. Jest to sytuacja łatwiejsza dla naszego układu odpornościowego, rokuje łagodniejszy przebieg choroby.

Jeszcze przed ogłoszeniem pandemii, pojawiały się w różnych publikacjach porównania koronawirusa do sezonowej grypy. Wiemy jednak już, że SARS-CoV-2 jest bardziej zaraźliwy, natomiast obydwa wirusy atakują zwłaszcza osłabione organizmy. Wystarczył jeden przypadek infekcji koronawirusem w jednym z domów opieki seniora, by pozostali pensjonariusze zaczęli chorować i niestety też umierać. Jak sytuacja wyglądałaby w przypadku masowego zakażenia wirusem grypy wśród takiej grupy?

Wówczas też spodziewalibyśmy się zwiększonej ilości powikłań w postaci przede wszystkim ciężkiego zapalenia płuc. Ale co do grypy to sytuacja jest znacząco różna - mamy szczepionkę i mamy lek, który hamuje replikację wirusa. Nie zapominajmy jednak, że grypa jest groźna. 100 lat temu wybuchła epidemia grypy zwanej hiszpanką. Wtedy byliśmy w takiej sytuacji jak teraz z koronawirusem - nie było szczepionki i nie było leku przeciwwirusowego. W epidemii hiszpanki zginęło ponad 20 milionów ludzi, a ostatnie ustalenia wskazują, że ofiar było znacznie więcej. I cóż można powiedzieć - szybko zapominamy.

W związku z epidemią, wbito nam do głowy - i dobrze - szereg higienicznych zasad. Czy na przykład to, że teraz będziemy pamiętać jak prawidłowo myć ręce spowoduje, że spadnie zachorowalność również na grypę?

Zdecydowanie! Widzimy to w praktyce. Wprowadzone w związku z pandemią Covid procedury - higieny i izolacji błyskawicznie wygasiły grypę i inne infekcje wirusowe.

Na początku naszej rozmowy wspomniała pani doktor, że obecna pandemia to sytuacja absolutnie wyjątkowa w skali całego pani zawodowego życia. Co w tym momencie jest największym wyzwaniem?

O czymkolwiek byśmy nie rozmawiali - o zagrożeniach, o przedsięwzięciach pamiętajmy, że zawsze najważniejsi są ludzie. A w sytuacji epidemii jaką mamy - wyjątkowi ludzie - odważni i z pasją. Sprzęt jest bardzo ważny, bez odpowiedniej liczby respiratorów, sprzętu do monitorowania, podawania leków nie damy rady. Ale pamiętajmy, że ten sprzęt sam nie zadziała, sam się nie podłączy, nie zaintubuje pacjenta. A tymczasem nawet gdy nie było epidemii to z trudem się dopinało grafiki dyżurów lekarzy i pielęgniarek. Teraz potrzebujemy dużo więcej osób do pracy. Część z nich wypada ze zwyczajnych powodów, bo zamykane są szkoły, przedszkola i muszą zostać z dziećmi. Do tego wszystkiego zmagamy się ze stygmatyzacją. Jest też powszechny strach. Trudno się dziwić, statystyki są bezwzględne - 1/5-6 osób zakażonych to personel medyczny. Ale w oddziałach zakaźnych zachowujemy pełne procedury. Do każdego pacjenta podchodzimy w pełnym zabezpieczeniu. Tymczasem jesteśmy traktowani jakbyśmy byli źródłem zarazy. Niestety, na co dzień to widzimy. Gdziekolwiek się pojawiamy otrzymujemy taki sygnał: Aha osoba pracuje na zakaźnym, więc trzeba od niej z daleka. Pielęgniarkom, które pracują na stałe w innych szpitalach, a u nas mają dyżury zakazano u nas pracować. A przecież teraz w oddziałach zakaźnych są najbardziej potrzebne. I tylko tutaj powinny pracować. Widzę, że dla naprawdę ciężko pracujących w tej epidemii pielęgniarek i lekarzy jest to bardzo przykre. Ale mimo wszystko nie tracę nadziei. Jest tylu dobrych ludzi, którzy nas wspierają. Zbierają na maski kombinezony, sprzęt medyczny, przywożą posiłki. Bardzo jesteśmy wdzięczni. Bez tego na pewno nie dalibyśmy rady. Ufam, że nie zabraknie również rąk do pracy.

Dziękuję za rozmowę.