„Pandemia już wygasa, ale fale kolejnych chorób zakaźnych będą się zdarzały”. O tym, kto teraz choruje na Covid-19, kto wymaga hospitalizacji, gdzie leczeni są zakażeni i czego możemy spodziewać się jesienią - Anna Kropaczek rozmawiała z doktorem Jerzym Jaroszewiczem, kierownikiem Oddziału Obserwacyjno-Zakaźnego i Hepatologii w Szpitalu Specjalistycznym nr 1 w Bytomiu.

REKLAMA
zdj. ilustracyjne

Anna Kropaczek, RMF FM: Na jakim etapie pandemii Covid-19 jesteśmy? Czy to już koniec?

Dr hab. Jerzy Jaroszewicz, specjalista chorób zakaźnych: Z całą pewnością zbliżamy się powoli do końca pandemii, ale ten koniec niestety bardzo się ślimaczy. Wirus nieustająco wymyka się naszym próbom okiełznania go. Wiemy, że szczepionki, które stosujemy są rewelacyjne, ale nie zawsze zapobiegają zakażeniu. Wirus nieustająco mutuje. Poza tym leki przeciwwirusowe też działają świetnie, ale tylko gdy są podane bardzo wcześnie po wystąpieniu objawów. Zatem jesteśmy coraz bliżej, ale jeszcze nie na ostatniej prostej.

Czy rzeczywiście jesień jest takim momentem, kiedy wirus może zaatakować z większą siłą?

On z większą siłą już zaatakował. Widzimy to wszyscy dookoła. Każdy ma rodzinę, znajomych, przyjaciół, którzy aktualnie chorują. W tej chwili liczba chorych jest bardzo duża. My jej nie znamy, ale gdybyśmy ją znali, bylibyśmy trochę bardziej zestresowani niż jesteśmy. Testowanie jest obecnie wykonywane rzadko. Większość osób albo nie testuje się albo robi to na własną rękę i niekoniecznie ten wynik raportuje. Nawet jeśli to robi, to raporty z testów, które są wykonywane samodzielnie w domu, nie są zbierane. Liczba zakażonych dziennie to na pewno kilkanaście tysięcy. Czy wrzesień będzie groszy niż sierpień? Będzie, bo tak choroby wirusowe działają. Październik będzie jeszcze trudniejszy. Na szczęście to nie jest ten sam wirus, z którym mierzyliśmy się w ubiegłym roku czy dwa lata temu. Również w oddziałach szpitalnych jest nieco spokojniej, ale np. w naszym oddziale miejsca covidowe są zwykle zapełnione.

Ilu zakażonych pacjentów szpital przyjmuje?

Codziennie przyjmujemy 1-2 pacjentów z Covid-19. Są to w większości osoby ciężko chore na liczne choroby. To osoby starsze, po 70-75. roku życia. Zwykle mają choroby, które znacząco obniżają odporność. To np. pacjenci z miastenią, z nowotworami, z przewlekłymi chorobami płuc, niewydolnością serca, z chorobami hematologicznymi. Nasze społeczeństwo się starzeje i takich osób jest wiele.

Czy pacjenci, którzy z zakażeniem trafiają do szpitali, są szczepieni?

Większość pacjentów, których teraz hospitalizujemy to osoby nieszczepione, ale są też szczepione. Myślę, że wokół szczepień powstało wiele niedomówień. To nie jest tak, że szczepienie oznacza, że nie zachorujemy. Poza tym liczy się czas między szczepieniem a ekspozycją na wirusa. Odporność poszczepienna niestety obniża się z czasem. Jeśli byliśmy szczepieni ponad pół roku temu, to szczepionka z dużym prawdopodobieństwem w pewnych grupach już nie działa. Mówię o osobach starszych, schorowanych. Powiedziałbym, że teraz wśród pacjentów hospitalizowanych ¾ to osoby nieszczepione i ¼ szczepione.

Oprócz szczepionek dostępnych od dłuższego czasu, są nowe...

Fakt, że zbliżamy się do końca pandemii, w dużej mierze zawdzięczamy właśnie szczepieniom. Tak, jak wirus się zmienia, tak zmieniają się szczepionki i rzeczywiście zostały zarejestrowane nowe szczepionki. Zakładam, że będziemy je mieli w najbliższym czasie. Prawdopodobnie będą bardziej skuteczne, prawdopodobnie zapewnią nieco dłuższą odporność. Być może nie będzie ona trwała 3-4 miesiące czy pół roku, tylko nawet rok, ale nie wiemy tego. Wirus może dalej mutować. To jest naturalny wyścig zbrojeń między nami i wirusem. My wygrywamy na szczęście, ale mamy dużo ofiar. Kolejna szczepionka będzie oczywiście skuteczniejsza, da trwalszą odporność, ale nadal zaszczepienie niekoniecznie równa się temu, że nie zachorujemy. Na pewno, i to znacząco, zmniejszy ryzyko hospitalizacji i śmierci.

Dawniej były oddziały covidowe, do których trafiali zakażeni. Gdzie teraz leczeni sią pacjenci, którzy wymagają pobytu w szpitalu?

My mieliśmy taki oddział w całości covidowy. Już rzeczywiście go nie ma i na szczęście nie ma potrzeby, by był. Większość choruje łagodniej. Część osób leczonych jest w oddziałach chorób zakaźnych, które mają możliwości izolacji pacjentów. Zakażeni są też leczeni w innych oddziałach, w zależności od tego, jaki jest problem wiodący u pacjenta. Bardzo często Covid nie jest problemem wiodącym. Pacjent, który ma zapalenie wyrostka robaczkowego, jest leczony na chirurgii, pacjent po zawale jest leczony na kardiologii. Większość oddziałów musiała się zaadaptować i ma większe lub mniejsze możliwości leczenia takich chorych. Jest to opieka bardzo rozproszona obecnie.

Tutaj, do Szpitala Specjalistycznego nr 1 w Bytomiu, trafia 1-2 osoby zakażone dziennie. Ile jest miejsc dla nich przygotowanych?

Staramy się być elastyczni. Nasz oddział ma 40 miejsc, ale nie chcemy powrotu do przeszłości, kiedy nie mogliśmy udzielać świadczeń pacjentom z innymi chorobami zakaźnymi. Oni byli potraktowali bardzo źle przez system opieki zdrowotnej, ponieważ niewiele mieli możliwości leczenia szpitalnego. Oddziały zakaźne były w całości przekształcone w covidowe. W tej chwili staramy się znaleźć balans pomiędzy chorymi na Covid a pacjentami z innymi chorobami zakaźnymi. Pamiętajmy, że inne choroby zakaźne takie jak, jak: HBV, HCV, zakażenia Clostridioides, uogólnione infekcje bakteryjne, zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych nie zniknęły. Chorych na Covid jest zwykle kilku, kilkunastu.

Był pan współautorem publikacji Śląskiego Uniwersytetu Medycznego na temat powikłań po zakażeniu SARS-CoV-2. Czy ciągle zmagamy się z tym problemem?

W dalszym ciągu nie wiemy, co bardziej negatywnie wpłynie na zdrowie społeczeństwa - czy ostra faza covidu czy ta następcza. Bardzo wiele osób przychodzi do naszych poradni zgłaszając przewlekłe zmęczenie, przewlekłe bóle głowy, mięśni, trudności w oddychaniu czyli ten long covid występuje. Moim zdaniem, im cięższa była zasadnicza infekcja, tym long covid jest dłuższy i bardziej obciążający. Mam pacjenta, którego poddaliśmy nowatorskiej technice naświetlania płuc niskodawkowym promieniowaniem rentgenowskim i myślę, ze uratowaliśmy mu życie, ale on do dzisiaj przychodzi i do dzisiaj czuje się fatalnie, a minął już rok. Niestety zdarzają się też przypadki, kiedy covid jest łagodny , a long covid też występuje. Myślę, że ok. 15-20 proc. osób, które przeszły covid nawet łagodnie, przez okres kilku, kilkunastu miesięcy będzie się mierzyło z trudnościami zdrowotnymi. Jest to duże wyzwanie dla systemu opieki zdrowotnej.

Jaka jest teraz sytuacja covidowa w województwie śląskim? W czasie dużych fal zakażeń tu były rekordy.

Jesteśmy narażeni bardziej niż inne województwa. Nie wynika to tylko z gęstości zaludnienia, industrializacji, ale też z naszego usytuowania. Jesteśmy województwem granicznym, przez które przechodzi duży ruch, mamy szlaki komunikacyjne przechodzące przez aglomerację, lotnisko, których użytkowanie znacząco wzrosło po wybuchu wojny w Ukrainie. W chwili obecnej wydaje się, że sytuacja jest pod kontrolą. Nie ma takich liczb chorych, których nie moglibyśmy przyjąć w szpitalach. To jest nasz największy stres, że dojdzie do sytuacji, w której pacjenci będą przez wiele godzin w karetkach jeździli między szpitalami. Takiej sytuacji na szczęście teraz nie ma i mam nadzieje, że nie wróci. W dużej mierze będzie to zasługą szczepień i leków przeciwwirusowych.

Czy wyobraża pan sobie sytuację, że trzeba będzie znowu otwierać oddziały covidowe czy szpital tymczasowy?

Ostatnia wielka pandemia była 100 lat temu. Następna nie będzie za 100 lat, będzie szybciej. Środowisko nam się degraduje - zmiany klimatyczne, ocieplenie, susze i choroby zakaźne to są elementy powiązane. Wydaje mi się, że ta konkretna pandemia już wygasa, tu już nie będzie takich strasznych wydarzeń, z którymi mieliśmy do czynienia w 2020 i 2021 roku, ale myślę że fale kolejnych chorób zakaźnych będą się zdarzały i będziemy musieli trochę inaczej myśleć o zasadach higieny, kontaktach międzyludzkich, czy o tym np., że jak czuję się chory, to nie idę do pracy, właśnie w trosce o miejsce pracy. Lepiej mieć jednego pracownika, studenta, ucznia mniej w konkretnym dniu niż ich nie mieć wcale za kilka. To wymaga przestawienia myślenia i większej odpowiedzialności za innych.