"O powody mojej dymisji proszę pytać tych, którzy podjęli taką decyzję. Myślę o powrocie do zwykłego wykonywania zawodu, może także do nauczania medycyny, bo to były takie dwa obszary działalności, które dawały mi szczególnie dużo satysfakcji" - mówi w pierwszej rozmowie po odwołaniu ze stanowiska ministra zdrowia Konstanty Radziwiłł. "Myślę, że protest lekarzy rezydentów musi się zakończyć przyznaniem tych lekarzy, że po prostu nie da się medycyny uprawiać od ósmej do piętnastej. Tym bardziej nie da się jej nauczyć od ósmej do piętnastej" - dodaje były szef resortu zdrowia.

REKLAMA
Konstanty Radziwiłł podczas przekazania obowiązków swojemu następcy w Ministerstwie Zdrowia. /Rafał Guz /PAP

Michał Dobrołowicz, RMF FM: Jaka będzie teraz pana rola? Czy będzie pan pomagał w rozwiązywaniu problemów w ochronie zdrowia, w tym tego najbardziej palącego, czyli protestu lekarzy?

Konstanty Radziwiłł: Myślę, że na pewno tak. Nie zamierzam iść na emeryturę. Skończyłem dopiero 60 lat w dniu odwołania. Jestem senatorem, minęła połowa kadencji. Dotychczas jako senator udzielałem się w bardzo ograniczonym zakresie i muszę to nadrobić. Jako senator nie mogę zajmować się tylko zdrowiem, ale będę interesował się tym w sposób szczególny. Stanowienie prawa to nie tylko wymyślanie przepisów, projektowanie ich, to również praca w parlamencie. Myślę, że jest tu dużo do zrobienia.

Dwa dni po odwołaniu to może jeszcze nie jest najlepszy czas, żeby decydować, co robić. Ale myślę o powrocie do zwykłego wykonywania zawodu, może także do nauczania medycyny, bo to były takie dwa obszary działalności, które dawały mi szczególnie dużo satysfakcji.

To jest ulga, radość, czy jednak trochę rozczarowania i smutku?

Trudne pytanie. To pytanie bardzo osobiste. Trudno jest oceniać to, co się robiło. Mam poczucie satysfakcji, że udało się zrobić bardzo dużo sensownych rzeczy, w znacznej mierze albo uporządkowaliśmy system służby zdrowia, albo stworzyliśmy podwaliny do jego uporządkowania. Powiedziałbym o sieci szpitali, o mapach potrzeb zdrowotnych, o systemie oceniania wniosków inwestycyjnych w służbie zdrowia. To podstawowe rzeczy, które rzeczywiście przyczyniają się do uporządkowania systemu inwestowania w służbie zdrowia, jak i jego funkcjonowania, zwłaszcza szpitali.

To kierunek na koordynację. Myślę choćby o możliwości leczenia pacjentów po wypisaniu do domów w poradniach przyszpitalnych i korzystania z rehabilitacji przyszpitalnej bez kolejki. Jeśli chodzi o przyszłość, to są to podwaliny pod ustawę o podstawowej opiece zdrowotnej, która dopiero weszła w życie. Najwięcej satysfakcji mam z tego, że udało się zwiększyć nakłady na ochronę zdrowia w sposób dramatycznie wysoki. Ubiegły rok to ponad 6 miliardów złotych więcej niż dotychczas. Udało się wprowadzić w życie ustawę, która gwarantuje stały, stopniowy wzrost na ochronę zdrowia w kolejnych latach. Takiej perspektywy polska ochrona zdrowia jeszcze nie miała, to jest zmiana rewolucyjna.

Czy wie pan wobec tego, jaki był powód dymisji? Skoro było - jak pan mówi - tyle sukcesów...

Oczywiście, wielu rzeczy nie udało się zrobić. Ale jestem optymistą, bo zostawiłem w ministerstwie zdrowia kilka zaawansowanych projektów. To między innymi projekt ustawy o jakości opieki zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta, według mnie niesłychanie ważny. Polska ma szansę doszusować do standardów najlepszych krajów na świecie. To projekt ustawy o medycynie szkolnej. W parlamencie jest już ustawa o ratownictwie medycznym, która porządkuje wiele rzeczy. Nie ode mnie zależy, jak będą postępować prace w tym zakresie. Kolejny projekt to nowelizacja ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty.

Te niezrealizowane projekty były przyczyną pańskiego odwołania?

Nie, one nie są zapóźnione, raczej mówię o nich z dumą, one są w trakcie realizacji.

To skąd wobec tego ta dymisja?

O to proszę pytać tych, którzy podjęli taką decyzję, to nie była moja decyzja, nie widzę żadnego powodu, abym miał w tej chwili dywagować o tym.

Było rozczarowanie?

Panie redaktorze, podjąłem się funkcji ministra zdrowia z poczucia odpowiedzialności, aby służyć Polsce. Myślę, że w tej służbie także jest wewnętrznie wpisane to, że nie do końca człowiek decyduje, jak będą wyglądać jego losy. Przyjmuję tę decyzję z pokorą, takie są zasady służby.

Czy wróci pan do Naczelnej Izby Lekarskiej?

Nie, na pewno już nie.

Co powiedział pan nowemu ministrowi zdrowia? Zasugerował pan, co może zrobić, w jaki sposób poradzić sobie choćby z protestem lekarzy?

Nie, zdałem mu długie sprawozdanie, jak wyglądają sprawy w toku. Jest pełne porozumienie. Umówiliśmy się na kontakty, nie ma mowy o cieniu nieporozumienia, jestem do dyspozycji pana ministra Szumowskiego.

Co zrobiłby pan teraz na miejscu ministra Szumowskiego?

Pozostawię to jemu. Sprawy są mocno zaawansowane jeśli chodzi o propozycje rezydentów. Byłem mocno rozczarowany ostatnim spotkaniem. Ich stanowisko było nieadekwatne do sytuacji, w której przyszedłem z projektem porozumienia. Zawierało ono dalszy wzrost ponad ustawę nakładów na ochronę zdrowia, ale także całą długą listę realizacji tego, co nie tyle można nazwać postulatami lekarzy rezydentów, ale wspólnymi postulatami. Nie dane mi było przedstawić tej listy.

Przedstawiciele lekarzy powiedzieli, że skoro nie prezentujemy tego, czego oczekują, czyli 6,8 proc. na zdrowie w ciągu trzech lat, nad czym później jeszcze dyskutowali, chcieli deklaracji, ile w którym roku, to o reszcie nie chcieli rozmawiać. To było bardzo rozczarowujące, bo to pokazało, że w gruncie rzeczy na tym etapie nie za bardzo chodziło im o to, aby do porozumienia doszło. Trzeba mieć świadomość, że z punktu widzenia systemu, ten protest nie stanowi zagrożenia dla pacjentów.

Myślę, że wspólnym wysiłkiem zarówno ministra zdrowia, jak i odpowiedzialnie działających dyrektorów szpitali, oraz całej rzeszy lekarzy, którzy są gotowi pracować więcej niż 48 godzin, ten protest na szczęście nie uderza tak bardzo w bezpieczeństwo pacjentów i jakość opieki nad nimi.

Myślę, że ten protest musi się zakończyć przyznaniem się tych lekarzy, że po prostu nie da się medycyny uprawiać od ósmej do piętnastej. Tym bardziej nie da się jej nauczyć od ósmej do piętnastej.

(ag)