"Dziś o raku piersi dowie się średnio 50 kobiet w Polsce"

Niedziela, 4 sierpnia (13:01)

Coraz więcej kobiet w Polsce choruje na raka piersi. Według najnowszych danych z Krajowego Rejestru Nowotworów, rocznie taką diagnozę słyszy prawie 19 tysięcy kobiet. To średnio ponad 50 kobiet w ciągu dnia. U co trzeciej z nich choroba rozwija się do zaawansowanej postaci. Lekarze uspokajają, że zdecydowaną większość przypadków można wyleczyć. Potrzebna jest wczesna diagnoza.

Onkolodzy przewidują, że liczba zachorowań będzie rosnąć. W społeczeństwach, które lepiej prosperują, są bogatsze, coraz więcej kobiet choruje na raka piersi. Nas też to czeka. Powód to między innymi opóźnianie decyzji o macierzyństwie i średnio mniej dzieci. To sprzyja zachorowaniom. Dlatego tak ważne jest regularne badanie piersi. Najlepiej robić to raz w miesiącu, po miesiączce. Jeżeli cokolwiek nas zaniepokoi, powinniśmy udać się do ginekologa albo do lekarza pierwszego kontaktu i poczynić dalsze kroki. To przede wszystkim mammografia i USG piersi - podkreśla doktor Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld z Centrum Onkologii w Warszawie. 

Według danych z Krajowego Rejestru Nowotworów, rocznie u Polek wykrywa się blisko 19 tysięcy nowotworów piersi. Ten nowotwór jest przyczyną ponad 6 tysięcy zgonów.

Raka piersi można wyleczyć. Warunek podstawowy to jego wczesne wykrycie. Wtedy kobieta ma prawie 100-procentowe szanse - przekonuje doktor Jagiełło-Gruszfeld. Największe szanse są w sytuacji, gdy guzek ma mniej niż jeden centymetr. Wtedy mamy największe szanse na całkowite wyleczenie - dodaje. 

"Nawrót choroby bardzo mnie zaskoczył"

Z nowotworem można wygrać. Dziś czuję się osobą zdrową - przyznaje w rozmowie z RMF FM pani Anna z Warszawy, u której dziesięć lat temu lekarze zdiagnozowali raka piersi. U pani Anny na początku choroba objawiała się coraz gorszą kondycją. Byłam bardzo aktywną osobą, regularnie biegałam, brałam udział w półmaratonach. Zauważyłam, że bieganie sprawia mi coraz większą trudność, coraz bardziej męczyłam się. To spowodowało, że poszłam na badanie, żeby sprawdzić, co dzieje się - wspomina. Zastosowano u mnie tak zwane leczenie systemowe, czyli chemioterapię i hormonoterapię - podkreśla. 

U pani Anny kilka lat temu, po ośmiu latach, nastąpił nawrót choroby. Coraz gorsza forma sprawiła, że poszłam zdiagnozować się. Zaskoczona byłam ja, zaskoczona była moja pani doktor - wspomina. Na dzisiaj jestem w tak zwanej remisji choroby. Jest, jak określają lekarze, prawie całkowita odpowiedź na leczenie. Są być może niewielkie zmiany, ale badania PET wykazują, że tych zmian aktywnych nie ma. Trzymam się tego, że jest to całkowita odpowiedź na leczenie, tym bardziej, że czuję się coraz lepiej, wracam do stanu sprzed nawrotu choroby - dodaje.

Badania genetyczne, które przeprowadzono nie wykazały jednoznacznie, dlaczego choroba zaatakowała właśnie mnie. Być może wpływ na to miał duży stres, który przeżyłam. W moim przypadku to był dosyć stresujący rozwód, diagnozę usłyszałam rok po otrzymaniu rozwodu - domyśla się w rozmowie z RMF FM pani Anna. Najtrudniejszy moment w terapii to dla mnie skutki chemioterapii. To wcale nie to, że jest choroba, że są mdłości po chemii, tylko to, że tracimy włosy. Może gorzej zniosłabym to, gdybym straciła pierś. Miałam operację oszczędzającą i ta pierś została. Gdyby nie to, myślę że to zdarzenie mogłoby być bardzo trudne - dodaje. 

Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności

Maciej Nycz

Michał Dobrołowicz